Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

               Koszalin. Miasto w jakiś dziwny sposób naznaczone brakiem, w którym niby wszystko znajduje się na swoim miejscu, ale jednak nie do końca. Na starówce piękna gotycka katedra, tyle, że nie ma starówki, a i w katedrze raczej wszystkiego niewiele. Morze też niby jest, ale jednak nie tak zupełnie, bo jedenaście kilometrów stąd, choć rzecz się ma i tak lepiej niż ze Szczecinem, co do którego przecież wiadomo, że leży nad morzem, tylko sto kilometrów od jego brzegu. W sklepie spożywczym, do którego trafiam w Koszalinie – owszem, lodówka, w niej nawet jakieś jogurty, tyle, że w liczbie słownie jednego, smakowego, i dwóch naturalnych. I lodówkę mam też w bardzo przyjemnym hotelowym pokoju, problem w tym, że niedziałającą.

               Jako że wszystkie te obserwacje są z rodzaju pobieżnych i banalnych, jakie czyni zawsze przejezdny obserwator nieznający miasta, postanawiam ugruntować swój turystyczno-nonszalancki punkt widzenia i w ramach tego, co mieści się w klasycznie ukształtowanym paradygmacie Bildungu, idę, korzystając z chwili pozostałej mi do rozpoczęcia próby, odwiedzić miejskie muzeum. Instytucja to za wszech miar wprawiająca w konsternację, i to podobno nie mnie jednego, bo jak dowiedziałem się, opowiadając następnego dnia dla retorycznej wprawki całą tę historię teatralnym znajomym, przede mną muzeum skutecznie zdezorientowało już choćby Filipa Springera.

IMG_3506.JPG

               Dezorientacja, oddajmy sprawiedliwość pracownikom tej nobliwej instytucji, jest dla osób w muzeum zarabiających i za wstęp do niego płacących obustronna, i pojawienie się zwiedzającego wywołuje u pracowników swojego rodzaju popłoch. Petent taki prowadzony jest od jednej sali do drugiej, każda sala otwierana i zamykana na klucz, z kolejnymi paniami pilnującymi przechwytującymi nieszczęśnika co kilka pomieszczeń. Trochę w tym z odwróconego mitu o Orfeuszu i Eurydyce, tyle, że kobiecy Orfeusz w muzealnym uniformie, zwielokrotniony w nieskończony pasaż coraz to nowych twarzy, nudzi się okropnie, postękuje i wzdycha, nie mogąc znieść opieszałości turysty-Eurydyki, przystającego przy jakimś obrazie, meblu czy, nie daj Boże, laminowanej kartce z opisem zawartości sali. I patrzy na człowieka ten szereg muzealnych Orfeuszyc, z jakąś okropną intensywnością, tłumaczoną doskonale mitem: wiadomo wszak, że jeśli się na Eurydykę przed opuszczeniem piekła popatrzy, ta niezawodnie zniknie.

               I może nie pisałbym o tym wcale, gdyby nie fakt, że oprócz mnie znalazło się tego ranka dwoje innych koneserów sztuki: nobliwa starsza pani i towarzyszący jej łysy pan, którego ponadczasowy brak fryzury nie do końca pozwolił mi na poczynienie założeń dotyczących tak jego wieku, jak relacji rodzinnych łączących go niewątpliwie z panią. Ten zaś czciciel muz, ku mojej pewnej konsternacji, odziany był w czarną bluzę z kapturem, na której widniał owinięty biało-czerwonym proporczykiem Szczerbiec, z wdzięcznie brzmiącą sentencją z Pisma: Qui non est mecum, contra me est, którą to frazę tłumaczy się na polski „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie”.

IMG_3507.jpg

               Tak więc zaczęliśmy dreptać razem przez kolejne sale, ja mocno zaniepokojony, bo niby szedłem z tym panem, ale że jednak to moje z było z całego serca mimo, to niewykluczone, że byłem przeciwko, nie mając zresztą ku temu ani szczególnej ochoty, ani predyspozycji. Szedłem więc, o ile mogłem, w takiej akurat odległości, by nie być zupełnie z nim, ale też nie być całkiem przeciw; pierwsze postawiłoby by mnie w sytuacji cokolwiek moralnie wątpliwej, drugie w nie całkiem bezpiecznej. W pierwszej części muzeum, ze zbiorami sztuki dawnej – wszystkimi tymi pozbieranymi z Pomorza ocalałymi meblami, obrazami i rzeźbami – łysy dżentelmen wszedł z paniami pilnującymi w rodzaj cichej komitywy, wobec której bezwolnie zostałem usytuowany przeciwko: panie wzdychały, jegomość zaś, pokonując w stosownym do swej fizycznej tężyzny tempie kolejne sale mówił poniekąd do małżonki, ale jednak contra me: „To teraz poczekajmy, aż pan skończy oglądać”. Mi, jako w jednej czwartej spadkobiercy spolszczonej pruskiej krwi, wyraźnie były wszystkie nagromadzone w pierwszych salach muzeum bibelociki w smak, nic na swoje mieszczańskie gusta nie poradzę.

IMG_3546.jpg

Natomiast stosunek mojego towarzysza do kolekcji zmieniał się szybko: jako że mieści się ona w dawnym domu młynarza, mężczyzna nie mógł nadziwić się, jak z produkcji mąki można pozwolić sobie na tak bogate zbiory. Kiedy zaś został wyprowadzony z błędu i zorientował się, że większość zbiorów jest, było nie było, niemiecka, oburzył się, że za utrzymanie placówki płaci podatnik polski. Później atmosfera ciągle już gęstniała: a to wywód na temat geopolitycznych wrogów przenajświętszej Rzeczypospolitej („nie tylko, proszę pani, Rosjanie i Niemcy, przecież Słowacy i Czesi to są kolaboranci, oni nam jak tylko wojna wybuchła Zaolzie wyrwali!”), a to długa dygresja na temat tego, że cała działalność ekologów jest finansowana przez naszych zachodnich sąsiadów, stawiających sobie za cel spowolnienie rozwoju polskiej infrastruktury i uniemożliwienie nam stworzenia atomowej elektrowni. I kiedy zwiedzający mężczyzna wyraźnie zawiesił głos, oczekując na jakąś odpowiedź, jedna z muzealnych strażniczek, czy to na znak szczerej afirmacji, czy dla porozumiewawczego żartu, czy może w bezsilnej ironii, wykrzyknęła „Chwała wielkiej Polsce!” i już zupełnie nie wiedziałem, gdzie się znajduję. Wieczorem tego samego dnia mieliśmy zagrać spektakl o polskim nacjonalizmie. I skoro tam te okrzyki wybrzmiewały ze sceny, wykrzykiwane przez aktorów, tutaj zaś ów ponury salut wyrwał się z gardła pracownicy muzeum, to, pomyślałem, coś nas bardzo niedobrego zatruło, w taki czy inny sposób, albo za, albo przeciwko, ale jednak nieuchronnie, a tu i teraz – wśród wszystkich tych milczących twarzy pruskich arystokratów w pudrowanych perukach – świadomość ta miała jakiś inny, żywcem z potwornej Heglowskiej dialektyki dziejów wyjęty wymiar.

I jak u Hegla, czy w sprawnie skonstruowanym przedstawieniu teatralnym, wszystko miało tu sprawnie poprowadzoną dramaturgię i dynamikę rozwoju: wpierw sztuka dawna, potem kolekcja awangardy ze sławetnego pleneru osieckiego, z dziełami Kantora, Jaremy i (niebiorącego zresztą udziału w plenerze) Jonasza Sterna, potem dzieje Koszalina, część poświęcona okupacji niemieckiej, wkroczenie armii radzieckiej, działalność podziemna i niepodległościowa, Solidarność. I mnie z sali na salę coraz mniej, a towarzyszącego mi mężczyzny coraz więcej. Ja coraz szybciej, on – coraz wolniej. Ja w milczeniu się zapadający – on coraz bardziej swoją historiozofię wykładający. I ja raz po raz nerwowo spoglądający na zegarek, bo wprawdzie chętnie bym wszystkie biogramy w sali historycznej wyczytał, ale za piętnaście minut próba, trzeba wychodzić z muzeum – trzeba uciekać na światło dzienne. Co za tym idzie, świadom popełnianego nietaktu, doszedłem do przekonania, że muszę mimo wszystko jakoś zawczasu zakończyć zwiedzanie, bo chociaż niedoodwiedzone muzeum daje jeszcze mniejszą nadzieję na powrót niż niedoczytana książka, to i tak lepiej się z nim sprawy mają niż z niedopróbowanymi przed spektaklem aktorami i spóźniającym się reżyserem.

IMG_3619

A wtedy rzecz najbardziej w całym zwiedzaniu nieprawdopodobna, moja prośba do muzealnej Orfeuszycy o możliwość wcześniejszego wyjścia wywołuje poruszenie, pani oznajmia mi, że procedura czegoś podobnego nie przewiduje i że zwiedzający powinni, w peletonie od jednej strażniczki do drugiej, zwiedzić muzeum w całości, sala po sali, a przecież nie ma w takim wypadku możliwości rozdzielenia grup. Więc zamiast wyjść zwyczajnie, albo wypuszczenia się domagać, nieopatrznie zaczynam się tłumaczyć, że przecież pośpiech, że to wcale nie ze zniechęcenia, że ja zaraz zaczynam pracę (ale kto zaczyna pracę o trzynastej, oskarża spojrzenie kobiety). I łysy mój towarzysz z ukosa jakby mi się przygląda, dlaczego akurat przy biogramach żołnierzy wyklętych zbiera mi się na ewakuację, chociaż nie mam wątpliwości, że to już tylko część mojej paranoi. Lecz skoro coraz więcej Wielkiej Polski, skoro Polska coraz większa – to i wydostać się z niej trudniej, rzecz oczywista, i teraz ani mi już wątpić nie przychodzi do głowy, że to wszystko zaaranżowana na mój użytek egzemplifikacja Heglowskiego pochodu dziejów, i że w pochodzie tym można wziąć udział albo dobrowolnie, albo w roli nawierzchni, po której zwolennicy świetlanego jutra stawiać będą swoje dziarskie kroki.

               Orfeuszyca wyprowadza mnie na korytarz, każe nie ruszać się o krok. Po chwili wraca z trzema innymi kobietami. Naradzają się przez chwilę szeptem, w końcu jedna podejmuje się nadzorować mój exodus: po schodach w dół i wprost przez otwarte drzwi na zewnątrz, wszystko to wyłożone kafelkami z lat dziewięćdziesiątych, więc nie mam pojęcia, co mógłbym na tym korytarzu ukraść lub zbezcześcić. I wychodzę z ulgą z muzeum, i nie obracam się za siebie, ale cóż mi z tego – przecież wiem, jak skończył się mit: nikt nie mówi, że Eurydyka nie wyszła na powierzchnię, ale wszyscy przyznają zgodnie, że już na zawsze pozostała w piekle.

Reklamy