Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Trzy czy cztery lata temu, na początku mojej nieregularnej przygody z prowadzeniem niniejszego bloga, dostałem z niewyjaśnionych przyczyn wiadomość e-mail z dość zaskakującą propozycją: mogę za darmo otrzymać prenumeratę czasopisma „Fronda” pod dwoma warunkami:  przeczytam otrzymane numery i będę je na bieżąco recenzował. Nie skorzystałem podówczas z oferty, trochę ze względu na fakt, że nie do końca wiedziałbym, jak ustosunkować się do stwierdzeń o szatańskiej mocy pokemonów, światowym spisku Żydów i homoseksualizmie teletubisiów, a trochę z racji tego, że choć możliwość darmowej lektury czegokolwiek wydała mi się atrakcyjna, zwyczajnie zapomniałem odpisać życzliwym redaktorom. I nagle, początkiem kwietnia, wpłynęła kolejna zaskakująca propozycja (niepowiązana w żaden sposób z tamtą): mogę dostać do zrecenzowania egzemplarz książki #Wstydź się! Jona Ronsona.

page_1.jpg

Zaczęło się od psychomachii. Wszak bibliofilia, jak każde uzależnienie, rządzi się pewnymi ściśle określonymi prawami. Jak darmowa działka dla heroinisty, degustacja win dla miłośnika mocnych trunków, albo dzień otwarty w zamtuzie dla erotomana, dodatkowy wolumin, choćby i trefny, jest dla kompulsywnego zbieracza książek ofertą trudną do odrzucenia. Owszem, można być kolekcjonerem białych kruków, ale i zbieraczem osobliwości – czytanie wszystkiego, co wpadnie człowiekowi w ręce bezpiecznie odciąga człowieka od pretensjonalnych roszczeń do elitaryzmu.

A jednak, jak muszę przyznać (ze wstydem?), nie miałem w punkcie wyjścia najlepszego zdania o zaoferowanej mi lekturze. Tak zwana literatura faktu zawsze wzbudzała we mnie dość duże wątpliwości. Każda książka w taki czy inny sposób odnosi się do rzeczywistości (już przez sam fakt, ze sama jest jej częścią), ale jeśli autor z niezachwianą pewnością siebie próbuje nam wmówić, jaka ta rzeczywistość jest, zaczyna się problem. Pamiętnikarze, podróżnicy i historycy z dawnych epok z rozbrajającą naiwnością i brakiem samoświadomości notowali własne spostrzeżenia – dlatego czyta się ich z nieodmiennym zauroczeniem. Dzisiejsi reporterzy i dziennikarze, wyposażeni częstokroć w warsztat powierzchownej wiedzy z zakresu psychologii, socjologii i ekonomii, nieraz przyjmują określoną z góry , wątpliwą intelektualnie tezę i następnie starają się za wszelką cenę ją udowodnić, na siłę dostosowując do niej rzeczywistość. Popularyzatorska forma nie sprzyja namysłowi, głębi językowej, a tym bardziej rzetelności. Gdy dochodzi do tego dość abstrakcyjny temat (chociażby tytułowy „wstyd”), rzecz niebezpiecznie zahacza o mroczne królestwo coachingu, którego z niewiadomych przyczyn żadna religia świata nie zdążyła jeszcze ekskomunikować i cała nadzieja w politykach, którzy ostatnimi czasy coraz częściej czegoś zakazują – może chociaż raz zrobili by to z pożytkiem dla społeczeństwa i (parafrazując odrobinę tytuł pewnego Facebookowego fanpejdża) zdelegalizowali coaching.

Ale ad rem. Skoro niniejszy tekst powstał, nietrudno się domyśleć, że cyrograf został ostatecznie podpisany. Biorąc się za lekturę #Wstydź się!, obiecałem sobie, że będę dla tekstu możliwie życzliwy, chowając cały bagaż wstępnych złośliwości, które hermeneuci nazwaliby przedrozumieniem, a inni użytkownicy języka – nieuzasadnioną wrogością. Zatem: Ronson poruszył przede wszystkim istotny temat. Nie tylko z doraźnego, publicystycznego punktu widzenia. Wstydowi zdecydował się przyjrzeć przede wszystkim jako narzędziu wywierania społecznej presji; sile, jaką dysponuje społeczeństwo i z pomocą której dokonuje ono samosądów. Zdaniem Ronsona zawstydzanie to najpotężniejsza broń doby mass mediów (w publicystyce wszystko musi być „naj”, ale miało być bez złośliwości). Autor na szczęście nie zatrzymuje jednak się na poziomie prostego rozpoznania, że upokarzanie z pomocą Internetu pozwala z jednej strony wywierać społeczeństwu realny wpływ na decyzje znanych ludzi i wielkich korporacji, a z drugiej rujnuje lub niejednokrotnie odbiera życie tym, których postawiono pod wirtualnym pręgierzem. Zamiast tego stara się stawiać pytanie o źródła publicznego zawstydzania i motywacje, jakie za nim stoją. Teza, postawiona już na początku książki, będzie w niej pobrzmiewała raz po raz: niemal wszyscy, częstokroć w przekonaniu o słuszności takiego zachowania, potępiamy publicznie innych, nie zdając lub nie chcąc sobie zdawać sprawy z konsekwencji naszego postępowania. Drugie pytanie, które będzie towarzyszyć Ronsonowi, brzmi: czy ośmieszenie może mieć jakiś pozytywny skutek? A jeśli nie, jakie alternatywne narzędzia może zastosować opinia publiczna do piętnowania niedopuszczalnych społecznie zjawisk?

indeks

Niewątpliwą zaletą #Wstydź się! jest sprawny warsztat dziennikarski autora. Książka dotyczy wprawdzie pewnego fenomenu społecznego, ale nie jest propozycją popularnonaukową, która próbowałaby kompleksowo wyjaśnić fenomen zawstydzania, odwołując się do wiedzy z zakresu współczesnej psychologii i socjologii. Już na obwolucie znajdujemy informację, że będzie ona literaturą faktu – i to oczekiwanie niewątpliwie spełnia. Bo chociaż Ronson od samego początku wydaje się wiedzieć, do jakiej konkluzji zmierza – z literacką precyzją przeprowadza narrację, w której czytelnik śledzi kolejne etapy jego dziennikarskich poszukiwań: przeplatające się ze sobą wywiady, spotkania i autorskie refleksje, krok po kroku przybliżające nas do ostatecznego rozwiązania. Wszystko to pod względem zaplanowanej literackiej konstrukcji zrealizowane jest z godną podziwu konsekwencją. A żeby nie było zbyt nudno, mamy tu i skompromitowanego pisarza, i przemysł pornograficzny, i tajemniczych klientów firm odpowiedzialnych za budowę internetowego wizerunku. Ronson zaliczany jest do nurtu określanego w angielskiej literaturze mianem gonzo journalism, polegającego na subiektywistycznej narracji, nie ukrywającego osobistego zaangażowania dziennikarza w opisywane sprawy, jego wątpliwości, stosunku do spotykanych postaci i pierwszoosobowej perspektywy, każącej traktować narratora jako pełnoprawnego współuczestnika zdarzeń. Cała książka zaczyna się zresztą od osobistego wyznania dziennikarza, opowiadającego, jak badacze sztucznej inteligencji próbowali ukraść jego tożsamość, tworząc mu fikcyjne konto na Twitterze, zarządzane przez bota.

Tym, co w lekturze drażni jest cały bagaż związany z literaturą popularną z pod znaku anglosaskiej komercji: nieustanne manipulowanie czytelnikiem, które częstokroć prowadzone jest w sposób tak schematyczny, że nie tylko trudno mu ulec, lecz częstokroć odczuwa się zażenowanie na myśl, że Ronson przez rozdział lub dwa przygotowuje nas do dydaktycznego rozwiązania jednego ze swych anegdotycznych procesów poszlakowych, chociaż już dawno domyślamy się, do jakich dojdzie wniosków. Zadziwia też częstokroć dość arbitralna ocena bohaterów, jakiej dopuszcza się autor, wykraczająca nawet poza formułę dziennikarstwa spod znaku gonzo. Dla przykładu, jako bohater wątpliwy moralnie napiętnowany jest popularyzator nauki, których dopuścił się autoplagiatu, zaś zupełnie wybielana przyjaciółka autora, publikująca dość niewybredne Tweety poświęcone epidemii HIV w Afryce czy dzieciom z autyzmem. I niestety wspomniana nienaukowość: rozważania Ronsona niejednokrotnie okazują się ciekawe i inspirujące, wyraźnie jednak w książce brak pogłębionej refleksji. Pewne problemy są jedynie zasygnalizowane, lecz zamiast się przy nich zatrzymać, narracja wartko przechodzi do kolejnych anegdotek i opisów spotkań z bohaterami reportażu. Szkoda, bo nietrudno byłoby bez straty dla reportażowej formuły pokusić się o kilka odniesień do ustaleń współczesnych psychologów. W końcu zaś trudno nie odnieść wrażenia, że wszyscy z opisywanych bohaterów #Wstydź się!, podobnie jak sam autor, żyją w dziwacznej bańce mydlanej (czy jak określiłaby to współczesna socjopsychologia, matriksie społecznym). Jako przykłady najdrastyczniejszego zawstydzania podane są napiętnowania publicznych osób za głupie internetowe wpisy, kończące się utratą pracy lub depresją dotykającą tych, którzy postawieni zostali pod pręgierzem. Nie zamierzam bagatelizować tych przypadków, ale czy nie jest jednak tak, że jądro problemu wiąże się z kazusami znacznie bardziej drastycznymi? Pomijając śmiertelne ofiary internetowego hejtu, dzieci wyszydzane przez rówieśników, upokarzanych bezdomnych i osoby starsze, Ronson zajmuje się bezpieczniejszym, pobieżniejszym aspektem problemu.

Nie zmienia to faktu, że samo powstanie książki poświęconej tej tematyce jest ważnym osiągnięciem: podobnie jak chociażby Prawy umysł Jonathana Haidta, publikacja poświęcona rozumieniu różnic światopoglądowych i próbom łagodzenia konfliktów ideologicznych, wpisuje się ona dobrze w doraźną potrzebę przeciwstawienia się narastającej fali agresji i społecznych antagonizmów w dzisiejszym świecie. Przykładów internetowego zawstydzania dostarcza nam każdy kolejny dzień: ostatnim, spektakularnym przykładem była wizerunkowa porażka United Airlines, kiedy sieciowym viralem stał się filmik z zakrwawionym pasażerem wywlekanym z przepełnionego samolotu przez służby porządkowe, na który dyrektor korporacji zareagował, próbując zrzucić winę na pasażera. W jednym Ronson ma niewątpliwe rację: jeszcze nigdy nieprzemyślane słowa nie miały takiej siły rażenia. A my, co jest znacznie większym paradoksem, jeszcze nigdy nie byliśmy na ich oddziaływania tak wrażliwi, jak dzisiaj.

 

 

Advertisements