Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Przedmowa to forma literacko cokolwiek kłopotliwa. I mimo, że (najczęściej) występuje w literaturze jako byt symbiotyczny, jako gatunek zasługuje na autonomię. I na uwagę badaczy, bo stanowi twór o dość złożonej i problematycznej naturze. Tyle słowem jej samej. Zakończywszy przedmowę, ad rem!

Zacznę od doświadczeń osobistych, i to nie tylko z pragmatycznego przeświadczenia, że osobiste doświadczenia zwiększają czytelniczą uwagę, liczbę udostępnień na Facebooku i  szansę bycia cytowanym  przez plotkarskie portale. Empiria, jak wiadomo, dostarcza cennych przykładów, które w subiektywnej sferze humanistyki stanowią punkt wyjścia do dyskusji i pozwalają zobaczyć, jak odnosi się do nich sensus communis. Otóż moje doświadczenia z przedmowami do książek były przede wszystkim zmienne w czasie. Ponieważ swoją czytelniczą przygodę zaczynałem od nastawienia dość pedantycznego, wychodziłem onegdaj z założenia, że wszelkie publikacje zwarte tworzą dziwaczny, spójny ontologicznie byt i należy zapoznać się ze wszystkimi zawartymi w nich literami, by uznać książkę za przeczytaną. A jako że częstokroć brakowało mi cierpliwości, albo książka zwyczajnie okazywała się zła lub nudna, zdarzało się, że przedmowa była jedyną jej częścią, z jaką w całości udawało mi się zapoznać. Na polu tak zwanej intelektualnej ogłady, czyli sprawiania wrażenia, że ma się coś do powiedzenia (choć trzeba przyznać, że ten skądinąd obrzydliwy proceder upada ostatnio przez fakt, że nikt podobnego wrażenia nie pożąda) jest to rozwiązanie wprost idealne. Otóż zaoszczędzając sobie dwustu, pięciuset lub tysiąca stron, wystarczy przeczytać ich dwadzieścia – i móc z wdziękiem cytować co bardziej chodliwe wyimki z dzieła, opowiadać o jego związkach z biografią artysty, czy powoływać się na uznane sposoby jego interpretacji.

Pauwels Frank

Z czasem człowiek odkrywa jednak, że życia ma coraz mniej, a książek na rynku pojawia się coraz więcej, a poza wszystkim inny, skoro wszystkie stopnie edukacji, od szkoły podstawowej poczynając, na uniwersytecie kończąc, opierają się na wiedzy z drugiej ręki, czytaniu fragmentów i dowiadywaniu się, co autor miał na myśli, rodzi się nieuchronna pokusa, by chociaż w domowym zaciszu zetknąć się z niezapośredniczonymi słowami autora. Wszak wstępy potrafią być nie tylko nużące, ale ukierunkować lekturę raz na zawsze, narzucić klucz interpretacji i zrosnąć się z treścią zasadniczą w przerażający, hybrydyczny byt, jak Miłość Hanekego oglądana w kinie Ars zrasta się z siedzącym w tymże kinie na tym samym seansie trzydziestolatkiem zajadającym się popcornem, tak, że ilekroć słyszę kluczowe w owym filmie impromptu Schuberta, gdzieś w najgłębszych pokładach mojej świadomości towarzyszy mu miarowy metronom mlaskania. Dlatego był i taki okres w moim życiu, gdy przedmowy obłożyłem anatemą i programowo je ignorowałem.

Teraz wróciłem do nich, chociaż ze zmienną uwagą. Czasami są zupełnie nieznośne, innym razem ciekawsze od samej książki. Fascynujący jest sam cel ich powstawania i forma, jaką przyjmują. Otóż za każdą przedmową stoi mniej lub bardziej wysłowione przekonanie o tym, że tekst, jaki dostaje do ręki czytelnik jest czymś niepełnym, niewystarczającym. Że należy poprzedzić go wstępnymi uwagami, czy też – używając innych słów – nadać mu odpowiedni kontekst. Kto zdawał maturę z polskiego, wie, że kontekstem może być wszystko – liczba możliwości jest praktycznie nieskończona. Kto pisze wstęp, posiada władzę absolutną (zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę, że początek lektury zawsze najbardziej zapada w pamięć i ma z reguły rozstrzygające o odbiorze dzieła znaczenie). Inaczej niż posłowie, mające w założeniu pomóc uporządkować myśli po skończeniu lektury, przedmowa ma do niej przygotować. W krytycznych opracowaniach miewa często odmienną paginację, z wykorzystaniem cyfr rzymskich, a bywa, że edytorzy oddzielą ją również wielkością i rodzajem czcionki. Ot, rodzaj instrukcji obsługi. Kto nie ma cierpliwości do zapoznawania się z ulotkami dołączanymi do produktów, najpewniej ją zignoruje, i nikt nie będzie miał do niego pretensji. Tym niemniej wydawca woli dmuchać na zimne i powziąć pewne środki zapobiegawcze wobec potencjalnego czytelnika, podobne do tych, na jakie decydują się producenci pralek, informując życzliwie potencjalnego nabywcę, iż jest wbrew przyjętym konwenansom wykorzystywać ją do czynności katarktycznych względem niemowląt, zwierząt domowych i współmałżonków (kolejności nie trzeba uznawać za przypadkową). Lecz o jakich środkach ostrożności mowa?

Bardzo często przedmowę w swoim dziele decyduje się umieścić sam autor. Z reguły tłumaczy się w niej z powodów, dla których chwycił za pióro, jak gdyby nie dowierzając, że czytelnik właściwie zrozumie jego intencje. W odautorskich przedmowach z dawnych czasów, kiedy autorzy  – jak zauważyła w jednym ze swoich przepięknych esejów Virginia Woolf – byli rozbrajająco naiwni, sporo jest z prostodusznej kokieterii. Erich Auerbach, niemiecki filolog, wyróżnił topos skromności (użył chyba nawet słowa „afektowanej”, ale że nie mam pod ręką jego książki, wolę nie zdawać się na zawodną pamięć). Przykłady takowej znamy doskonale: ot, choćby Kochanowski, który zastrzega się w przedmowie do Odprawy posłów greckich, że jego tekst lepiej nadałby się na pożywkę dla moli lub aptekarskie tutki niż do lektury. Wybieg to wielce sprytny i szacowny, dzięki niemu zawsze można z satysfakcją powiedzieć czytelnikowi zawiedzionemu lekturą: „A nie mówiłem!”.

indeks2

Ale zdarza się, że autor sięga po przedmowę nie po to, by czytelnika uwodzić, lecz po to, by zapobiec uszczerbku na własnym życiu i zdrowiu. Casanova, skądinąd z uwodzenia głównie dzisiaj znany, zastrzegał się we wstępie do swoich skandalizujących w chwili powstawania pamiętników, że pozostaje wierny religii katolickiej. I chociaż w świetle dalszej treści jego dzieła mamy powód domniemywać, że i w tym wymiarze wierność traktował dość swobodnie, każdy z nas bez trudu odgadnie, że owa deklaracja miłości względem Stolicy Apostolskiej była głównie środkiem ochronnym przeciwko inkwizycyjnemu stosowi. Nie inaczej postępowali literaci wobec wszelkich ośrodków władzy mogących zbyt poważnie potraktować ich słowa: dość, by wspomnieć tak znamienite nazwiska jak Kartezjusz czy Dostojewski (przedmowa do Braci Karamazow to skądinąd literacka perełka).

Inną, bardziej kuriozalną sytuacją, jest ta, w której przedmowę do dzieła jednego twórcy popełnia twórca inny. Powody mogą być różne: próba zareklamowania debiutanta, albo nadania powagi czy powiewu świeżości zramolałemu klasykowi. W każdym razie taki literacki eksperyment zawsze daje niezwykłe rezultaty, już z tego względu, że w dziele i przed-dziele mogą się ze sobą zderzyć dwie osobistości. Czasem daje to ciekawy efekt, jak wtedy, kiedy Tomasz Man mierzy się z Czechowem; kiedy indziej wygląda jak nieporadny chwyt marketingowy. W Polsce to tradycja długa, bo i utarło się, że wielcy rodzimi pisarze tłumaczą wielkich pisarzy zagranicznych; często właściwie tworząc ich na nowo (vide: Staff, Mickiewicz, Słowacki), a żeby już do końca odcisnąć swoje piętno na importowanych twórcach, opatrują ich jeszcze autorskimi przedmowami. Ale zdarza się, że wstępy stworzone przez „znanych i uznanych” są strategią marketingową, robi tak chociażby wydawnictwo Sic!, biorąc się za klasykę europejską i każdy z tomów serii opatrując wprowadzającym głosem znanego literata, wymienianego na okładce literami niemal tak wielkimi jak autor oryginału. Największym bodaj ryzykiem takiego rozwiązania jest to, że ego przedmówcy zdominuje treść jego słów i że w gruncie rzeczy będzie on narcystycznie pisał o sobie samym, przeglądającym się w treści książki jak w zwierciadle (to bardzo zabawny casus debiutanckich tomików poetyckich, gdzie po kilku słowach o młodym poecie stojący nad grobem piewcy muz najczęściej błyskawicznie zmieniają temat na jedyny właściwy: siebie samych). Jeśli jednak narcyz zostanie przezwyciężony, efekt bywa intrygujący.

Są w końcu przedmowy „akademickie”, kontekstowe, tworzone przez literaturoznawców i tłumaczy. Często, zwłaszcza w przypadku przekładów, ta wiedza kontekstowa jest szczególnie ważna, bo jest dla czytelnika stykającego się z czyjąś twórczością pierwszą informacją o autorze. Ale i w tym wypadku bywa niewesoło. Wszak komuś może przyjść do głowy zwyczajnie streścić w przedmowie fabuła całego utworu, jak gdyby miało to jakikolwiek sens, poza pójściem z autorem w konkury w kwestii ekonomii przekazu. W takim wypadku nieodmiennie mierżą spojlery (choć i tak nic nie przebije tekstów z okładek powieści Houellebecqa wznowionych ostatnio przez wydawnictwo WAB i opisujących zawsze w krótkich, żartobliwych zdaniach to, co dzieje się na ostatnich kilku stronach książki. Choć u Francuza nie o fabułę, jak wiadomo, chodzi, za te obwoluty odpowiedzialny jest albo diaboliczny okrutnik odreagowujący kiepską płacę, albo osoba o istotnie przetrąconym wyczuciu literackich konwenansów). Są w końcu ci, którzy przedmowy piszą zupełnie od rzeczy: specjalizują się w czymś, mają jakieś osobliwe hobby, albo chcą wykazać się erudycją wypływającą z przeczytanej chwilę wcześniej książki. Efekt jest taki, że – nie wiedzieć czemu – przedmową do Schopenhauera wzbogacają refleksją na temat gry w krykieta, albo Dostojewskiego uwagami na temat kolumbijskich kryminałów.

indeks

A piszę o tym wszystkim dlatego, bo nie tak dawno kupiłem „Morze karaluchów” Tommasa Landolfiego, z dziwaczną przedmową jego syna, Landolfa. Już same te dwa imiona czynią za dość wydatkowi, brzmią jak wyjęte rodem z historycznego traktatu o walce Gibelinów z Gwelfami, i są jak znalazł dla literatów, a poza wszystkim zazdroszczę odrobinę, bo wpadają w ucho i ładnie wyglądają na okładce. Otóż Landolfo, wprowadzając czytelników w dziwaczny świat swojego ojca, momentami plecie bzdury, nie wiedzieć czemu połowę wstępu poświęcając językowi esperanto, a nawet odnosi się do Unii Europejskiej. W drugiej jednak połowie wprowadzenia, oprócz wielce sprawnego rozbudzenia apetytu na dzieło swego ojca, Landolfi przemyca zdania zupełnie oszałamiające i mogące sobie rościć prawo do literackiej autonomii (chociażby: „Wszystkie języki świata mają tę samą godność, ale żaden nie powinien dławić innych”), kąśliwe uwagi pod adresem literaturoznawców, dziwaczną mieszaninę nabożnego podziwu dla twórczości Tommasa i niepogodzenia z jego biografią. Jaki to niezwykły miraż! Czytając tę przedmowę, wyobraziłem sobie, że podobna jest trochę do niepozornej szafy w „Opowieściach z Narnii”, która wprowadza w olśniewający i niepodobny do niczego świat.

Puenta jest zaś taka, że (oczywiście w bardzo subiektywnym czytelniczym odczuciu) szafa okazała się ciekawsza od owego świata. Opowiadania owszem, były niczego sobie, ale Kafka, Borges, czy Calvino robili podobne rzeczy w głębszy, bardziej autentyczny sposób. A przedmowę czytałem w sposób zupełnie dziwaczny, wpierw idąc, a później stojąc na środku chodnika, wymijany przez ludzi, świadomy wprawdzie, w jak dziwnym jestem położeniu, ale doskonale obojętny. Wessała mnie literatura, i to czym? Nie powieścią nie nowelą lub filozoficznych traktatem, ale przedmową właśnie. I nie, nie będzie morału, bo przecież nie o morały chodzi w przedmowach, nawet w tych, które nie poprzedzają żadnego spisanego dzieła.

Advertisements