Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Wiele złego można powiedzieć o Giovannim di Niccolò de Luterim, lepiej znanym jako Dosso Dossi. Pomijając fakt, że był artystą, co zawsze jest sprawą podejrzaną i budzącą pewien niesmak, należy stwierdzić, że nie miał za grosz wyczucia proporcji i dobierał dziwaczne tematy dla swoich olejnych płócien. Jeśli prawdą jest, że czasami balansował na krawędzi kiczu, a czasami nie, to większość z tej drugiej części poświęcał przekraczaniu owej granicy. A jednak dziwactwo maniery Dossiego właściwe jest komuś, kto tworzy bez skrępowania, kto oddaje się swojemu zajęciu z pasją, nie ulega artystycznym kompromisom i odnajduje w swoim fachu spełnienie. W jego obrazach jest coś fascynującego.

Niedawno przypomniałem sobie o jednym z nich. Niełatwo o nim pamiętać, ponieważ znajduje się na Wawelu. Jak wiadomo, jeśli ma się coś pod nosem, to z reguły nie umie się tego należycie docenić (zawsze na przykład byłem nieufny wobec wąsów). Zresztą całkiem możliwe, że w królewskiej nekropolii i tak wszystko przysłoniłby smog, więc zapośredniczony odbiór dzieła oglądanego na monitorze komputera jest w tym wypadku lepszym rozwiązaniem.

1024px-dosso_dossi_010

Scena na obrazie jest osobliwa. Ponieważ nie bardzo wiadomo, co z nią począć, to wzrok najpierw posiłkuje się tytułem. Jupiter, Merkury i Cnota. Jupitera nietrudno zidentyfikować dzięki złożonym u stóp piorunom i płomieniom, Merkury legitymizuje się kaduceuszem i skrzydełkami doczepionymi do wszystkich części dość skromnej garderoby, a cnotę rozpoznać nie tak łatwo, ale o tym ostatnim wiadomo akurat nie od dzisiaj. Cóż jednak po nazwaniu postaci, skoro sama scena wciąż wydaje się tajemnicza? Próżno jej szukać w rzymskiej mitologii. Wzięta jest z pism Leona Battisty Albertiego, który stworzył taką oto historyjkę: Cnota pokłóciła się z Fortuną, więc poszła na skargę do bogów. Bogowie, bojąc się angażowania w spór, wysłali Merkurego, by pozbył się nachalnej interesantki. Ponieważ słynny erystyczny argument z niewyłączonego żelazka nie miał w tamtych czasach racji bytu, a stwierdzenie, że nieśmiertelnych nie ma w domu niebezpiecznie zakrawałoby o ateizm, posłannik Jowisza wymyślił wymówkę prostą, oczywistą i wiarygodną: bogowie są zajęci sprawianiem, by kwitły ogórki i domalowywaniem skrzydeł motylom.

Oto źródło obrazu Dossiego. Jak bardzo nie byłoby ono idiotyczne, samo płótno nie przestaje frapować swoim surrealizmem. Nawet fakt, że Jupiter przypomina Slavoja Žižka, a gorszy od podobizny poturbowanego intelektualnie marksisty jest skrót perspektywiczny, w jakim Dossi odmalował cnotę, nie osłabiają estetycznego magnetyzmu płótna. A skoro dzieło jest tak intrygujące, rodzi się naturalna pokusa, by nadać mu jakiś głęboki wydźwięk. Uznać, że fascynuje nie tylko przez swoją dziwaczność , ale że w sposób intuicyjny i pozawerbalny przekazuje jakąś głębszą prawdę. Na reprodukcję patrzę jednak pomiędzy drugą a trzecią w nocy. Im dłużej to robię, tym bardziej mętna wydaje mi się owa bijąca z dzieła prawda. W sukurs przychodzą mi różne mniej lub bardziej rozsądne artykuły znalezione w Internecie i mierzące się z analizą obrazu. Alegoria zmysłów? Mało. Ukryty autoportret? Coś więcej, ale co miałoby z tego wynikać? Pochwała twórczości artystycznej i nieograniczonej mocy kreacji? Całkiem możliwe, że tak myślał o tym sam Dossi, ale na litość, kogo obchodzi zdanie autora, kiedy człowiek ma pokusę, żeby zabawić się w krytyka.

notatki-slowo_obraz_terytoria-ebook-cov

Odrobinę podłamany, sięgam po leżące obok laptopa Notatki Nicoli Chiaromontego. Chiaromonte, nie tyle odrobinę zapomniany, co nigdy nie napraszający się zanadto światu, był cudownym humanistą. Pokornym, wyważonym, świetnie wykształconym, nieustannie coś zapisującym i bardzo rzadko publikującym. Przez część życia karabinem i piórem walczył przeciwko faszyzmowi, przez część siłą własnej woli przeciwko poddaniu się którejś z intelektualnych albo politycznych mód, ale resztę czasu mógł poświęcić filozofii i sztuce. Polski przekład notatek, zresztą już drugi w niedługim czasie, jest najcudowniejszym efektem owych zmagań. To dzieło doskonale stymulujące intelektualnie. Krótkie, szkicowe zapiski, pisane z apodyktycznym poczuciem racji (co można wybaczyć, zważywszy na fakt, że były sporządzane na własny użytek), są czymś w rodzaju obfitego zbioru rozbudowanych sentencji, złotych myśli i nagłych przebłysków intelektu. Z częścią z nich trudno mi się zgodzić, ale sposób, w jaki skłaniają do polemiki jest absolutnie cudowny, inne zachwycają celnością i przypuszczam, że każdy czytelnik znajdzie w nich coś dla siebie. Nie zawaham się stwierdzić, że zasługują na miano jednego z ważniejszych wytworów dwudziestowiecznej europejskiej humanistyki (stwierdzenia takie wysnuwa się tym łatwiej, im mniej przeczytało się w życiu książek, ale zawsze efektownie wyglądają). Co jednak włoski eseista ma wspólnego z obrazem Dossiego? Otóż w notatkach trafiłem na taki oto fragment:

Nie można zapominać (choć przez całe stulecia do tego nie wracano) o stwierdzeniu Anaksymandra, które mówi o nieuchronnej karze, jaką wszystkie rzeczy muszą ponieść zgodnie z duchem czasu – za niesprawiedliwość wpisaną w sam fakt, że mogły istnieć.

Każdy porządek społeczny, nawet najbardziej światły i harmonijny, zostaje podkopany przez tę niesprawiedliwość i nadwątlony przez każde kolejne życie, które stłumił, okroił i zniszczył – wszelkie ład jest więc zbudowany na ofiarach z ludzi, i to dosłownie. A wszystko, co wskutek tego zostało poświęcone, odkształcone, zepchnięte w cień i zmuszone do milczenia, zechce prędzej czy później wziąć za to odwet. (N. Chiaromonte, Notatki, tłum. S. Kasprzysiak, Gdańsk 2015, s. 44)

Spójrzmy raz jeszcze na Jupitera ożywiającego motyle. Akt tworzenia jest światły i harmonijny. Potężny bóg (w innym miejscu swoich zapisków Chiaromonte napisze, że najnaturalniejszy w sposobie, w jaki starożytni stworzyli swoich bogów jest fakt, że uczynili ich śmiertelnymi), który dzierży władzę nad światem, przez chwilę ucieka od swoich obowiązków, by zająć się sztuką. Przychodząca do niego Cnota, dopominająca się o sprawiedliwość, zostaje uciszona. Jupiter nie chce jej słyszeć, aby nie zwariować. Przemawia ona bowiem nie w imieniu swoim, lecz w imieniu tych wszystkich, którzy stali się ofiarami władzy Jupitera. On zaś nie wstawi się za Cnotą, bo lęka się jej oponentki – Fortuny, sprzymierzonej z Czasem. Tej, która ostatecznie zwróci się przeciwko każdemu z nas, wymierzając sprawiedliwość za zaciągnięty choćby wbrew swojej woli dług. Być może Dossi wcale o tym nie wiedział, ale tematem jego obrazu jest tragizm winy, od której nigdy się nie uwolnimy.

Advertisements