Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , ,

W czytelniczym świecie poruszenie. Właśnie w polskim tłumaczeniu ukazała się najnowsza powieść Lauren Groff, Fatum i furia. Za najlepszą książkę minionego roku uznał ją Barack Obama. Po tym, jak obejrzało się wszystkie sezony House of Cards, nie sposób ufać komuś, kto jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, ale w sukurs przyszły mu rzesze uznanych krytyków. Również jeden ze wschodzących polskich literatów (i mój nieco odległy, ale zawsze bardzo frapujący znajomy), stwierdził kategorycznie że Fatum i furia to dzieło wybitne, a po skończeniu lektury nie może powstrzymać drżenia rąk. Ponieważ nie znam prywatnie drugiej osoby, która przeczytałaby w życiu tyle mądrych powieści co ów znajomy-literat, na tę rekomendację dałem się dla odmiany skusić. Niestety. Po lekturze jedno uczucie – furia.

765194-fatum-i-furia.jpg

Już pierwsze zdania powieści wystawiają czytelnika na ciężką próbę. Jesteśmy raczeni opisem spółkowania głównych bohaterów, którego to opisu – gdyby nie samo spółkowanie – nie powstydziłaby się Mniszkówna albo Orzeszkowa. Piasek, krzyk mew, pośladki i wąska szczelina pustki pomiędzy ciałami kochanków wypełniona zawartym przez nich małżeństwem. Brzmi źle? Jest złe w istocie. Do tego stylu po kilku stronach można się przyzwyczaić, co nie zmienia faktu, że nieustannie ciąży on w kierunku pretensjonalnej grafomanii. Ilość przymiotników i metafor zdecydowanie przybliża powieść Groff w kierunku buduarowych romansów. Fakt ten może zaskakiwać tym bardziej, że większość znanych mi recenzentów podkreślała językowo-warsztatowy walor książki, nawet, kiedy całość oceniała jako przeciętną (w tym duchy utrzymana była chociażby recenzja, która pojawiła się  w „Polityce”).

Jak wygląda fabuła? Mówiąc najoględniej, sztampowo. Oto młody i piękny potomek bogatej rodziny, Lancelot, zostaje wydziedziczony przez matkę i posłany do szkoły z internatem. Niby cierpi, ale jest urodzony pod szczęśliwą gwiazdą i skazany na sukces. Interesuje się kobietami i teatrem, ale głównie jednak kobietami, których udaje mu się dzięki temu zgromadzić zapewne więcej niż widzów w szkolnych przedstawieniach. W pewnym momencie poznaje piękną i tajemniczą Mathilde, z którą z miejsca postanawia się ożenić. Mathilde zostaje znienawidzona przez bogatą i bogobojną matkę bohatera, jednak dla Lancelota okazuje się wybawieniem: odwodzi go od biegania za sukienkami, zarabia, opiekuje się domem, idealnie dopełnia się z nim uczuciowo i erotycznie. Jako jedyna wydaje się podtrzymywać go w jego aktorskiej pasji, jako pierwsza dostrzega też jego dramaturgiczny talent i zachęca do zostania dramatopisarzem. Dzięki Mathilde Lancelot staje się literacką gwiazdą. Tylko tematu potomstwa Mathilde raz po raz unika, trudno się jej jednak dziwić, skoro swoim mężem musi wciąż zajmować się jak dużym dzieckiem.

Jak łatwo się domyśleć (zostało to zresztą, żeby czytelnik zdążył się zorientować, podkreślone w kampanii promocyjnej książki, na okładce książki i na obwolucie książki) cały obrazek jest zbyt piękny, żeby mógł być prawdziwy. Mathilde żoną idealną być nie może, więc z pewnością skrywa jakąś mroczną tajemnicę. A nawet kilka mrocznych tajemnic. O nich dowiadujemy się w drugiej, krótszej części powieści, śledząc przeszłe i przyszłe względem minionej fabuły losy kobiety. Problem polega na tym, że gdyby poprosić czytelnika o zgadnięcie, jakie to mroczne sekrety może skrywać Matylda – zgadnie bez trudu. O czymkolwiek w pierwszej chwili pomyśleliście (o ile nie jest to zdolność przemieniania się w wilkołaka i przynależność do ISIS), macie rację. Być może tylko najdawniejszy z „grzechów” bohaterki wywoła w czytelniku pewną konsternację, odbiega bowiem od stałego rezerwuaru wykroczeń, jakie popełniają mniej i bardziej znane bohaterki kolorowych pism, tanich powieści i portali plotkarskich. Dla odmiany jest tak wydumany, że wygląda na żywcem wyjęty z dziewiętnastowiecznej francuskiej beletrystyki. Funkcjonuje zresztą chyba jedynie jako efektowna makabreska, bo niewiele wynika z niego dla fabuły. Powieść aspirująca do miana literackiego arcydzieła nie powinna się wszak zadowalać konstatacją godną domorosłego psychologa, że skoro  bohaterka zrobiła w dzieciństwie coś strasznego, musi teraz mieć odmienioną psychikę. Tak zresztą Mathilde, która poza chwilami spędzonymi z Lottem (skrócone imię bohatera) doświadcza wszystkich możliwych nieszczęść, jak i on sam – w swoim narcyzmie niepotrafiący dostrzec niczego, co dzieje się dookoła niego – są psychologicznie równie wiarygodni, co bohaterowie Pamiętników z wakacji. Ich kosmiczne wręcz oderwanie od codziennego doświadczenia sprawia, że nie jesteśmy ani przez chwilę skłonni utożsamić się z nimi lub im współczuć. Ponieważ zaś Groff, jak się wydaje, przez całą książkę do psychologicznego realizmu mocno aspiruje, zarzut jest tym poważniejszy.

Lauren-Groff-c-Megan-Brown-e1443711852353.jpg

Oczywiście nie od dzisiaj wiadomo, że w pisarstwie równie ważny co dobra historia jest sposób, w jaki została opowiedziana. Bieg zdarzeń może wydawać się zupełnie błahy, lecz jeśli autor znajdzie intrygujący pomysł na jego przedstawienie, powieść ma szansę stać się arcydziełem. Zapis jednego dnia w Dublinie może pomieścić w sobie całą kosmogonię, jeśli jest się Jamesem Joycem. Niestety. Nie tylko kwestia tego, „co”, ale i „jak” oraz „dlaczego” zostało napisane w przypadku powieści Groff budzi  poważne zastrzeżenia. Bohaterowie książki raz po raz powtarzają myśl, że prawdziwe arcydzieło może powstać jedynie z autentycznej potrzeby serca, być zainspirowane czymś, co dotyka nas w bezpośredni sposób. Mówi to Lancelot, stwierdza Mathilde, dekretuje również wroga Lancelotowi recenzentka teatralna. Sama autorka wydaje się myśleć podobnie, bo nic w tekście nie wskazuje na to, by odnosiła się do podobnego przeświadczenia w sposób ironiczny. Tymczasem trudno nie odnieść wrażenia, że Fatum i furia to bardziej produkt literackiej kalkulacji niż autentycznego „porywu ducha” (czymkolwiek by ten ostatni nie był). Powieść wydaje się pisana od szablonu, jak dobrze odrobiona praca z kursu creative writing: charakterystyczna gama zgranych typów osobowościowych, jasno zarysowany konflikt i kompozycja, trochę tragicznego konfliktu, odrobina psychologii, zaplanowany wstrząs, dość oczywiste rozwiązania fabularne. Trudno odnieść wrażenie, by cokolwiek było tu autentyczne, żywe. Najbardziej bodaj irytujące jest sprawdzone rozwiązanie rodem z Gry o tron: ilekroć akcja zamiera i istnieje ryzyko, że czytelnik znuży się lekturą, należy zaserwować mu scenę erotyczną dla ponownego rozbudzenia uwagi. Ponieważ napięcie szwankuje dosyć często, mniej więcej co stronę któryś z bohaterów (najczęściej Lancelot) podejmuje próbę przedłużenia gatunku z którąś z bohaterek (najczęściej, od momentu ustatkowania się przez Lancelota, Mathilde). Penis, mimo swych niewątpliwych zalet, jest wątpliwym kandydatem na uniwersalne narzędzie wzmagania dramaturgii, co nie zraża Groff w raczeniu nas kolejnymi pretensjonalnymi pasażami erotycznymi rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya.

Jest jeszcze jeden literacki element powieści, do którego ciężko się nie odnieść. Ponieważ „Lancelot wielkim dramaturgiem był”, a jego poruszająca twórczość teatralna wyrastała z życiowego doświadczenia, czytelnik zada sobie pytanie, o czym też L. mógł pisać. Jakiś czas temu, gdy żaliłem się na film Młodość, miałem za złe reżyserowi, że tworząc postać wybitnego kompozytora, zdecydował się uraczyć widzów próbkami jego talentu i – kazał nam słuchać w finale swego obrazu pretensjonalnej pieśni, niweczącej wszystkie nasze pozytywne wyobrażenia na temat owego kompozytora. Nie inaczej postępuje Groff z Lancelotem i, zapewne w dobrej wierze, ufna w swój literacki talent, przytacza fragmenty dramatów, które ten pisze pod wpływem kolejnych życiowych przełomów; dramatów otwierających mu drogę do wielkiego teatralnego światka. Problem polega na tym, że teksty wplecione w powieść są jeszcze bardziej pretensjonalne od niej samej: karykaturalne skrzyżowanie Becketta z Arthurem Millerem (tak, da się!), okraszone przesłaniem dotyczącym zagłady cywilizacji, samotności, ekologicznej katastrofy, wojny i – jakże by inaczej – doskonałej miłości. Sprawia to mniej więcej takie wrażenie, jak gdyby Paulo Coelho, na podstawie recenzji znalezionych w prasie, próbował odtworzyć z właściwą sobie głębią i wyczuciem stylu tekst przedstawienia Krzysztofa Warlikowskiego. Niby wszystkie elementy się zgadzają, ale całość przyprawia o palpitacje serca. I znów nie jest to zabieg ironiczny. Rodzi się pytanie: czy nie lepiej więc, budując legendę sławnego dramatopisarza, budować jego ouevre z tytułów, pojedynczych napomknięć o błyskotliwych tematach, opisów reakcji publiczności? Dwór tworzy króla, tu zaś król zostaje poddany publicznemu osądowi i okazuje się nagi.

Być może Fatum i furia zasługiwałaby na mniej surową ocenę, gdyby nie aura, jaką udało się stworzyć wokół powieści. Nie wydaje się, by Lauren Groff chciała napisać książkę o tym, czym jest małżeństwo i szerzej – związek z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli podobny cel deklarowała, w tym temacie powiedziała nam niewiele ponad banalną prawdę o tym, że nigdy do końca nie znamy kogoś, kto jest obok nas. Cel Groff jaki wyłania się po zebraniu w całość wszystkich elementów układanki (hipertekstowe odniesienia, górnolotny styl, panorama amerykańskiej pary na przestrzeni czterech dekad) był zupełnie inny: stworzyć arcydzieło. I, jak doktor Frankenstein pragnący z martwych tkanek powołać do życia człowieka, Groff tworzy jedynie smutną karykaturę.

Reklamy