Tagi

, , , , , , , ,

Michel Houellebecq przyzwyczaił nas do łatki enfant terrible francuskiej literatury. Z racji wieku słowo enfant nie bardzo już pasuje; jak się ma jednak sprawa z byciem terrible? Po nowej książce autora można odnieść wrażenie, że powoli przechodzi na pozycje statecznego klasyka: miłosne uniesienia są rzadsze i bardziej nieporadne, ironia mniej zjadliwa, w mizoginii i ogólnej niechęci do ludzkości – raz po raz pojawia się więcej nieudolnie skrywanego, życzliwego zrozumienia. Houellebecq łagodnieje, natomiast robi to z niewątpliwym pożytkiem dla stylu, który od oscylowania na krawędzi grafomanii przechodzi w najnowszej powieści mistrza z nad Sekwany w kierunku solidnej, dziewiętnastowiecznej z ducha powieści. Ale to wszystko jedynie detale. W Uległości za najbardziej interesujące, i to na wielu płaszczyznach, należy uznać nie to, co w książce jest – ale to, czego w niej nie ma. I jakkolwiek paradoksalnie może to brzmieć – nie stanowi zarzutu wobec Houellebecqa. Raczej – pochwałę literackich niedopowiedzeń.

z18702060AA

Zacznijmy od ustalenia sfery faktów: osobnikiem, którego radosne poczynania będziemy śledzić, jest przekraczający z wolna smugę cienia wykładowca literatury z Sorbony, François. Miłośnik i znawca Huysmansa i – jak przystało na Houellebecq’owskiego bohatera – narcystyczny mizogin, zdeklarowany (bardziej zresztą zdeklarowany, niż aktywny) libertyn i ironista. Na marginesie warto wspomnieć bardzo zabawne przypisy do polskiego tłumaczenia. Za każdym razem, z wyjątkiem Na wspak, kiedy pojawia się tytuł którejś z powieści Huysmansa, raczeni jesteśmy skrzętną informacją, że „nie została ona dotąd przełożona na język polski”. Trochę to smutne – wychodzi na to, że jeżeli jakiś autor nie został w całości przełożony z francuskiego przez Żeleńskiego, najprawdopodobniej nie został przełożony przez nikogo. A przypominanie o tym w książce wypada zabawnie. Ale wróćmy do François. Imię – najbardziej francuskie z francuskich – nie wydaje się przypadkowe. Bo jeśli opisanemu w powieści scenariuszowi polityczno-kulturalnemu ulega Francja i główny bohater – to uległość tego ostatniego jest pars pro toto uległością jego kraju. Życie François wygląda dość sztampowo: prowadzi zajęcia, je i pije, wdaje się romanse z kolejnymi studentkami. Przy czym – pracę akademicką z roku na rok wykonuje z coraz mniejszym zaangażowaniem, pije coraz chętniej, a w łóżku – ma coraz więcej problemów tak z utrzymaniem niezbędnej sprawności fizycznej, jak i znajdywaniem przyjemności. Innymi słowy powoli, acz nieuchronnie osuwa się w stan beznadziei wynikający z braku konkretnego celu w życiu. Jest to, inaczej niż wcześniejsi bohaterowie Houellebecqa, dekadent w gruncie rzeczy bardzo stateczny.

Stateczność z czasem zaczyna przekładać się na niejasne przeczucie, że dekadentyzm – poczynając od pewnego wieku – niezbyt dobrze łączy się z epikureizmem. Dojrzałość szuka innych, drobniejszych niż młodość przyjemności. A ponad wszystko pożąda wygody i poczucia bezpieczeństwa. Dlatego, mając Huysmansa za przewodnika, François zaczyna zastanawiać się – wprawdzie bez większego przekonania, ale za to z życzliwą wytrwałością – nad dobrymi stronami zaangażowania się w stały związek, dobroczynnym wpływem regularnej pensji na życie osobiste i możliwością opowiedzenia się za jakimś względnie usystematyzowanym światopoglądem. Próbuje ostrożnie sondować środowiska, które wcześniej uważał za naturalnie sobie wrogie: wdaje się w rozmowy z prawicowym profesorem, z uwagą śledzi wywody polityczne konserwatywnie ustosunkowanych pracowników służb bezpieczeństwa, w końcu – starając się zrozumieć fenomen konwersji religijnej Huysmansa, zastanawia się nad możliwością zbliżenia do chrześcijaństwa. Ten ostatni pomysł odnajduje swoją kulminację w podziwianiu romańskich Madonn, w uznaniu dla średniowiecznego Christianitas – i smutnej konkluzji na temat jego obecnego stanu. Gdy jednak okazuje się, że od czasów Huysmansa w klasztorach wprowadzono czujniki dymu uniemożliwiające palenie papierosów, chrześcijaństwo staje się dla François drogą niemożliwą do podjęcia. Wszystko to, co dzieje się do tej pory, wydarza się jednak na istotnym tle: na skutek nieoczekiwanych zmian w układach sił do władzy w państwie dochodzi Bractwo Muzułmańskie. Prowadzone przez umiarkowanego i pragmatycznego polityka, zjednuje społeczeństwo szerokim planem reform, skutecznie potrafiąc pozyskać znaczną część elektoratu skłóconych partii mainstreamu. Bractwo ma dalekosiężne plany: rozszerzenia Unii Europejskiej o północne wybrzeże Afryki, odrodzenia imperialnej polityki Francji i stworzenia silnej strefy ekonomicznej mogącej przeciwstawić się rynkom azjatyckim. W sferze publicznej sankcjonuje wielokulturowość, jednak – poprzez wprowadzenia podwójnego systemu finansowania szkół świeckich i religijnych – państwowego i prywatnego – przejmuje główne ośrodki uniwersyteckie Francji na użytek programu islamskiej edukacji. Jako wykładowca na Sorbonie François zostaje postawiony przed wyborem: albo dokona konwersji na islam i zachowa posadę, albo przejdzie na przedwczesną emeryturę, przy czym, dla zrekompensowania strat, i tak będzie otrzymywał comiesięczne wynagrodzenie. Z początku decyduje się na drugą opcję. Ale czy wizja znalezienia uznania w kręgu nowej władzy, możliwość poddania się jasnemu światopoglądowi, którego wcześniej François nie potrafił znaleźć, w końcu szansa zawarcia (kilku!) uregulowanych związków, w których najsłabszy nawet mężczyzna będzie mógł realizować rolę głowy patriarchalnej rodziny – nie są kuszącą opcją?

images

Bohater Houellebecqa ma przede wszystkim wrodzony potencjał do uległości – a przynajmniej rodzaj tęsknoty za możliwością poddania się jakiejś mocnej, gruntownej wizji świata. To dość szczególny wypadek, w którym projekt wielki miałby służyć celom drobnym: tęsknota za ideologicznym zaangażowaniem podyktowana nie wiarą w same idee, ale pragmatyzmem. Wielkie narracje nie muszą być prawdziwe, ale żyje się z nimi zwyczajnie łatwiej – zdaje się konkludować Houellebecq. Przypomina w tym trochę Richarda Rorty’ego, dla którego zwycięskim będzie zawsze ten rodzaj mówienia o świecie, który okaże się najskuteczniejszy – z tą tylko różnicą, że – jak się zdaje – Rorty, jako zagorzały „liberalny ironista”, nie zgodziłby się na monopolizację dyskursu przez żaden fundamentalizm, nawet, gdyby ten wygrywał w kryterium skuteczności. Kiedy „ulegamy” – zdaje się mówić Houellebecq – bardzo wiele naszych problemów zostaje rozwiązanych. Nie żyjemy w ciągłej niepewności wynikającej z nieostrości naszego pojęciowego horyzontu – inni decydują za nas o tym, co jest słuszne, a co nie. Dostajemy pracę, wynagrodzenie, godziwe warunki życia, poczucie przynależności do wspólnoty i – uwzględniając wykorzystany w fabule islam – cztery przydziałowe żony.

Pytanie, które możemy zadać (to, czy chciał nas do niego sprowokować Houellebecq należy – najuczciwiej – pozostawić bez odpowiedzi) brzmi: jaka jest w tym wypadku cena uległości? To jeden z tych elementów, których w książce nie ma. A przez to w dwójnasób fascynujący. Czy opisany w powieści model rządów zaproponowany przez Bractwo Muzułmańskie we Francji przyniósłby krajowi więcej pożytku, czy zła? Każda nowa władza niesie za sobą ofiary – pytanie w tym wypadku dotyczy jednak ich skali. Zupełnie niezwykłym zabiegiem jest tutaj pokazanie zmiany układu sił politycznych z perspektywy człowieka, który ulega fascynacji nastającym reżimem. Polityka Bractwa przedstawiona została pozytywnie: mamy tu obronę sypiących się wartości kosztem relatywnie niewielkich ustępstw względem wolności osobistej; mamy państwo opiekuńcze potrafiące dobrze funkcjonować gospodarczo, jasno zdefiniowaną tożsamość społeczną przy jednoczesnym (deklaratywnym przynajmniej) poszanowaniu dla odmienności. Poza tym docenienie roli szkolnictwa i edukacji wyższej, a nawet ambitne plany mocarstwowe. Zagadnienie ceny, jeśli pojawia się, majaczy jedynie niejasno na horyzoncie – emigrujący Żydzi, profesor wydalony z uniwersytetu. Z rzeczywistą ceną uległości Czytelnik nie zostanie zapoznany.

Otwarte zakończenie można interpretować na dwa, równoprawne sposoby. Pierwszy: cena w istocie nie jest wielka. Przywrócenie konserwatywnych wartości, nawet pod nieco egzotycznym płaszczykiem islamu, stanowi remedium dla rozpadającej się Francji. Półksiężyc w gruncie rzeczy jest tylko nowym znakiem graficznym, dzięki któremu czcigodna Republika ocali swoją tożsamość. Egzotyka jest wręcz pomocna: skoro rodzime chrześcijaństwo nie ma realnej siły kształtowania masowego światopoglądu, sięgnięcie po coś „nowego” jest najlepszym marketingowo rozwiązaniem. Umiarkowany islam – jeśli uznamy ten klucz interpretacji – jest równoprawną wizją świata, oferującą w pełni funkcjonalny system prowadzenia polityki. Uznanie prawd religijnych jest w gruncie rzeczy niczym innym, niż tylko elementem zawsze obecnego w retoryce władzy sztafażu. Ale w grę wchodzi i druga interpretacja. Zwolnienia na uniwersytetach, ucieczki Żydów, segregacja obywateli, bonifikaty dla wspierających dochodzącą do głosu ideologię intelektualistów – czy aż za bardzo nie przypomina to tego, co działo się na początku lat trzydziestych w Niemczech? Houellebecq nie mówi nam, czy przemieniona Francja będzie krajem dobrobytu i równomiernego rozwoju, czy – radykalizującym się z dnia na dzień państwem wyznaniowym, w którym zaczyna się sięgać po polityczną przemoc. Bractwo dochodzi do władzy legalnie, ale podobnie dochodziło do władzy NSDAP.

49d9b433-a0d8-4639-94ff-71c129947023

Zastrzegając raz jeszcze pełną równorzędność obydwu interpretacji i to, że postawione w nich diagnozy są jednako interesujące, trzeba przyznać, że to ta druga bliższa jest myśleniu o Houellebecqu jako o niezjednanym literackim prowokatorze i ironiście. Bo – skoro nowy reżim w zaproponowanej przez niego opowieści wydał się nam ludzki i możliwy do zaakceptowania, jeśli widzimy go oczyma bohatera i dochodzimy do przeświadczenia, że w islamskiej Francji łatwo byłoby się nam odnaleźć, że na kartach powieści nie dzieje się przecież nic złego – to czy nie jest odrobinę tak, że przyjmujemy dokładnie tę samą optykę, której ulegali obywatele państw, w których totalitaryzm uzyskał demokratyczną legitymizację? Naprawa ekonomii, naprawa społecznego ładu, przywrócenie światowego znaczenia – to trzy postulaty, którymi zawsze łatwo porwać tłumy w przesiąkniętym fermentem państwie. Nie od razu ukazując cenę, którą przyjdzie za to zapłacić. Dyktatorzy nie zaczynają od nawoływania do zbrodni. A doniesienia o łamaniu praw człowieka łatwo zepchnąć na margines świadomości, kiedy jest się beneficjentem systemu. I jeśli w powieści o islamie nie jest napisane tak wiele, jak moglibyśmy się spodziewać – możemy się domyślać, że jest on tylko pretekstem do wysnucia ogólniejszej diagnozy naszej duchowej kondycji. Czy nie nastaje czas, w którym chcemy znów w Europie zawierzyć jakiejś jednoczącej narracji? W takiej interpretacji okaże się, że tytuł książki nie odnosi się do uległości głównego bohatera, ani – totum pro parte – Francji. Że to my ulegliśmy – wizji, jaką zaproponował nam Houellebecq.

Advertisements