Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Będąc wczoraj w księgarni, zobaczyłem – ku pewnemu zaskoczeniu – książkę zatytułowaną Młodość. Na okładce kadr z filmu o tym samym tytule. I nawet ten sam autor – Paolo Sorrentino. Takie rzeczy jak wydawanie powieści opartej na widowisku robi się, owszem, w przypadku filmów dla nastolatków – producenci mogą dodatkowo zarobić. W przypadku sztuki „wysokiej” podobne wybiegi stosuje się rzadziej. Ot, choćby Brecht – najpierw na scenie Opera za trzy grosze, później – w tej samej cenie – Powieść. Ale to raczej wyjątek. Zaglądam więc do Młodości i ku swojemu skonsternowaniu stwierdzam, że jest to najbezczelniej w świecie zbeletryzowany scenariusz. Jedyny trud, jaki sobie zadano, to wyjustowanie tekstu, umiejscowienie dialogów od myślnika i rezygnacja z kapitalików w zapisie imion postaci. Scenariusz, owszem, rzecz bardzo piękna, ale wciska się nam go jako pełnoprawną powieść. Uzurpacja? Niestety uzurpacją jest i film Sorrentino.

indeks

Poprzedni obraz reżysera, Wielkie piękno, zachwycał. Owszem – był na wskroś patriarchalny, trącący banałem, balansujący na granicy kiczu – ale żadna z tych rzeczy nie stanęła na przeszkodzie, by uznać go za arcydzieło. W warstwie wizualnej hipnotyzował: zabytki dawnej sztuki, galerie osobliwych postaci, wyniosły Rzym, pękające w szwach nocne kluby. Film godny następcy Felliniego. Patriarchalna, banalna i balansująca na granicy kiczu (a nawet, niestety, ją przekraczająca) jest też Młodość. Nie jest z pewnością dziełem złym – ale zdecydowanie nierównym. Z oceną wybiegliśmy jednak przed wnikliwszą analizę, dlatego najlepiej uporządkować tok recenzji i zacząć od – tym razem tak, jak należy – od omówienia tematu.

Pomysł na podstawową oś narracyjną jest prosty – połączyć dwie największe powieści Manna, Czarodziejską górę i Doktora Faustusa – i przenieść je w XXI wiek. Głównym bohaterem filmu zostaje więc genialny kompozytor Fred (w tej roli Michael Caine), który trafia do uzdrowiska w szwajcarskich Alpach. Goście luksusowego hotelu z jednej strony nie wiedzą, co zrobić z pozostałym im (zarówno do końca turnusu, jak i do końca życia) czasem, z drugiej – czas ten mija im w przerażającym tempie, nad którym nie są w stanie zapanować. Nad wszystkim unosi się atmosfera znużenia i letargu. Tę historyjkę wszyscy dobrze znamy, ale to przecież nie zarzut – jeśli kraść, a kradzież w sztuce jest rzeczą nieuchronną, należy robić to od najlepszych. U Manna przebudzeniem pensjonariuszy z Davos była nadchodząca wojna. U Sorrentino zdaje się, że przebudzenie w ogóle nie nadejdzie. A w sanatorium spotkać możemy ludzi wszystkich profesji i każdego wieku. Oprócz Freda mieszka tu jego bliski przyjaciel, reżyser Mick (Harvey Kitel), który wraz z grupą scenarzystów pracuje nad swoim „filmowym testamentem”. Jest i córka Freda (Reichel Weisz), której przyjdzie przeżyć ciężkie osobiste chwile. Młody aktor przygotowujący się do roli, sławny emerytowany piłkarz cierpiący na nadwagę, Miss Universe, znudzone sobą małżeństwa, obsługa hotelowa, niewprawne damy do towarzystwa. W takim właśnie gronie kompozytora zastaje emisariusz brytyjskiej królowej, który informuje Freda o nadanym mu tytule szlacheckim i zwraca się z prośbą o dyrygowanie wykonaniem Prostych pieśni – kompozycji, która przyniosła głównemu bohaterowi sławę wielkiego artysty. Nieoczekiwanie, Fred odmawia. Pytany o powody, zasłania się przyczynami osobistymi. Twierdzi, że definitywnie przeszedł na emeryturę.

1442388482-960

Dlatego też podglądamy, podobnie jak w Wielkim Pięknie, cykl raczej luźno powiązanych ze sobą obrazów – codzienne sytuacje z życia Freda, jego obserwacje, otaczających go ludzi i ich dziwactwa. Sporo tu drobnych historii – epizodyści pojawiają się i znikają, każdy z nich skrywa jakąś tajemnicę, którą z czasem przyjdzie nam odkryć. Pomiędzy seansami wojeryzmu śledzimy konwersacje, jakie stary kompozytor snuje ze swoim przyjacielem – o starości, o problemach zdrowotnych, dziurach w pamięci, młodzieńczych romansach. Fredowi wszyscy w koło zarzucają apatię – skoro nie chce więcej tworzyć ani pokazywać się publicznie, z całą pewnością jest z nim coś nie tak. Tylko sam zainteresowany widzi sprawy inaczej – zamknięcie w sobie i wycofanie z życia pozwalają mu odnaleźć spokój. Życie jest poza nim i – jak wyznaje w jednej z rozmów – swojego życia wręcz nie lubi. Ale nie traktuje tego w kategoriach dramatu, raczej pełnego optymizmu pogodzenia się, bliskiego postawie stoików. Brzmi odrobinę sztampowo? Słusznie. Bo Sorrentino znacznie lepiej radzi sobie z inscenizowaniem sytuacji, z podglądaniem ludzi, z przyjmowaniem wciągającej widza optyki w patrzeniu na świat – niż z konstruowaniem spójnego przesłania. Już w Wielkim pięknie łatwo popadał w nieznośny patetyzm, jaskrawo kontrastujący z infantylnością serwowanych przemyśleń. Krytyka blichtru i pochwała prostych przyjemności znalazły tam apologię w sposobie działania głównego bohatera, pustkę włoskich elit obnażały epizody z ich życia. Ale monologi wewnętrzne Jepa, których na szczęście było niewiele, wypadały znacznie gorzej. W Młodości problem jest poważniejszy – bo na swoje nieszczęście Sorrentino bohaterom pozwala mówić dużo. I sytuację ratują w znacznej mierze wybitni aktorzy, obracający częstokroć banał w zręczne intelektualnie, zabawne sofizmaty.

Młodość ogląda się dobrze mniej więcej do dwóch trzecich. Wyważone tempo, cięty humor i niemal wideoklipowa płynność kontrastowych obrazów wciągają. Szwajcarskie sanatorium nie jest miejscem eklektycznego pompierstwa w tym samym stopniu, co Rzym z Wielkiego piękna, ale i tutaj Sorrentino znajduje sporo okazji do sięgnięcia po będącą znakiem rozpoznawczym włoskiej kinematografii barokową estetykę. Kolejne wieczory w sanatorium są urozmaicane (to złe słowo, patrząc na nieprzejednane znużenie gości) koncertami gwiazd pop, tyrolskimi zespołami ludowymi i pokazami mimów. Muzyką Sorrentino żongluje z równą frywolnością, co obrazem: mamy tu i głośną elektronikę, i kontemplacyjną klasykę i – nawet – pastisze teledysków spod znaku MTV. Paradoksalnie, ta mieszanka dobrana jest raczej zręcznie. Z wyjątkiem jednego grzechu śmiertelnego, o którym wspomnę na końcu. Jaki jest efekt całościowy, który udaje się osiągnąć w Młodości? To kino zdecydowanie rozrywkowe, mające jednak dość duże ambicje i starające się schlebiać miłośnikom obrazów ambitniejszych. Ale tym trudniej darować Sorrentino potknięcia.

Te zaczynają się przede wszystkim pod koniec filmu. Ciężko relacjonować je, jeśli nie chce się zdradzać fabuły. Dość może rzec, że wiele wątków zostaje albo niepotrzebnie rozciągniętych, albo rozwiązanych z pomocą najtańszych hollywoodzkich chwytów. W usta bohaterów zostaje wepchnięte nieznośne moralizatorstwo, a od sentencjonalności niektórych wygłaszanych przez nich myśli aż mdli. Dużym problemem filmu są cytaty z innych dzieł. Trudno nie odnieść wrażenia, że nie są one ani artystycznym hołdem, ani twórczym przetworzeniem – ale sięgnięciem po gotowe klisze. Tyle, że wypadającymi gorzej od pierwowzorów. Najbardziej bodaj denerwująca i pretensjonalna scena to ta, w której Mick, idąc alpejską doliną, widzi nagle stojący na stoku tłum kobiet – to bohaterki wszystkich jego dotychczasowych filmów. To oczywista kalka z Felliniego, tyle, że spartaczona w sposób, o który sprawnego warsztatowo Sorrentino wręcz ciężko posądzić. Zamknięcie jednego z głównych wątków (nie będę pisał, którego, by nie zdradzać fabuły tym, którzy filmu nie widzieli), jest właściwie (owszem, odartym z taniej metafizyki, ale jednak) powtórzeniem rozwiązania z Birdmana, który sam w sobie był jednym z najbardziej pretensjonalnych dzieł ostatniej dekady i na dobrą sprawę nie potrzebował w tym następców.

Pozostaje jeszcze jedno rozczarowanie – pozornie nieznaczne, ale chyba najważniejsze. Wielkości nie można odmówić kreacji aktorskiej Michaela Caine’a. Wstrzemięźliwy, wycofany ze świata zewnętrznego kompozytor, nie umiejący budować relacji z bliskimi mu ludźmi i jednocześnie posiadający głęboką wrażliwość wewnętrzną; człowiek, który u szczytu popularności potrafił zawiesić artystyczną karierę, nie potrafiąc odnaleźć wewnętrznej prawdy w muzyce, którą musiałby komponować. Mężczyzna u schyłku drogi, chcący wypełnić ostatnie lata swojego życia zwyczajnym „byciem”. Kulturalny, lecz stanowczy, patrzący na świat z niezwykłą delikatnością, ale i zjadliwym humorem. Zarówno sposób, w jaki postać ta została napisana przez Sorrentino, jak i to, jak wciela się w nią Caine uznać można za mistrzowskie. Jeśli tylko przez pryzmat Freda oceniać walory artystyczne Młodości, zasługiwałaby ona na miano arcydzieła. Przez cały film powraca temat cyklu Prostych pieśni skomponowanych przez głównego bohatera. Słyszymy, że są wybitnym przejawem geniuszu, którego Fred – kojarzony tylko i wyłącznie z tą jedną kompozycją – szczerze przez to nienawidzi. Oglądamy emisariusza brytyjskiej królowej, starającego się wymóc ich wykonanie w Londynie. Podsłuchujemy chłopca, jednego z gości uzdrowiska, który ćwiczy na skrzypcach kilka pierwszych, wcale obiecujących taktów utworu. I w końcu – to bodaj największy grzech, którego dopuścił się reżyser – słyszymy utwór (mam nadzieję, że nie psuję tym zabawy niedoszłym widzom – nie zdradzę w każdym razie, w jakich okolicznościach się to dzieje). Utwór na wskroś zły. Nie mający nic wspólnego ani z zawartą w jego tytule prostotą, ani z kompozytorską wielkością. Utwór, który mógłby być podkładem do reklamy pampersów, albo motywem przewodnim polskiej komedii romantycznej, w której Piotr Adamczyk całuje się z Nataszą Urbańską gdzieś pomiędzy butikami Złotych Tarasów. I nie jest to ze strony reżysera ironiczny gest, negujący wielkość głównego bohatera – jest to popis złego smaku. I jeśli potknięcia Młodości pokazują, że Sorentino nie jest jednak równy Felliniemu, to nie ulega wątpliwości inna rzecz – David Lang, kompozytor ścieżki dźwiękowej nie sięga nawet do pięt Nino Rocie. Więc, przepraszam za wyrażenie – po jaką cholerę w ogóle usłyszeliśmy Proste pieśni? Czy nie byłoby lepiej, gdyby urwać Młodość kilka minut wcześniej – i wielkość głównego bohatera opowiedzieć niedopowiedzeniem, zamiast obracać ją nieuchronnie w niwecz?

Bohaterowie Sorrentino raz po raz opowiadają nam o tym, jak pięknie jest milczeć. Starzy pisarze nie wierzą już słowom i nie chcą wracać do pisania. Leciwi kompozytorzy odmawiają tworzenia nowych utworów, nie wierząc nutom. Reżyserzy u kresu kariery próbują raz jeszcze stanąć za kamerą, ale nie są w stanie przygotować przekonującego scenariusza. Podobny problem ma niestety ten, który powołał ich do życia. Umie świetnie uwodzić nas obrazem, jednak siląc się na deklaracje, popada w trudny do przełknięcia banał. Dowiódł, że potrafi ukazać wielkie piękno. A jednak – cytując tytuł bardzo odległego od jego dzieł filmu – zapomniał, że istnieje też wielka cisza.

Reklamy